Automatyzacja i procesy

Excel, e-mail i ręczne przepisywanie danych — kiedy warto zautomatyzować proces w firmie?

Excel i e-mail nie są problemem. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy ludzie stają się łączem między nimi: przepisują, kopiują, przypominają i pilnują, żeby nic nie zginęło. Oto sygnały, że ten moment już nastąpił, i sposób, żeby sprawdzić, co z tym zrobić.

Ilustracja: ta sama dana ręcznie przepisywana między arkuszem, e-mailem i formularzem, a obok te same narzędzia połączone w jeden automatyczny przepływ zakończony gotowym wynikiem.

W większości małych i średnich firm procesy nie zostały zaprojektowane. Wyrosły. Najpierw było kilka zamówień tygodniowo i jeden arkusz. Potem doszedł program do faktur, panel kuriera, skrzynka mailowa i grupa na komunikatorze. Każde narzędzie z osobna działa. Problem w tym, że pomiędzy nimi dane przenoszą ludzie.

Ten tekst pomaga ocenić, czy ręczna praca jest jeszcze prostym i tanim rozwiązaniem, czy już generuje koszt, błędy i chaos — i co z tym zrobić, zanim ktokolwiek zacznie wybierać technologię.

Excel nie jest problemem sam w sobie

Warto to powiedzieć wprost, bo automatyzacja bywa sprzedawana jako walka z Excelem. Arkusz kalkulacyjny jest świetnym narzędziem: szybkim, elastycznym, znanym prawie każdemu. Do analizy, prostych zestawień, jednorazowych list i pracy jednej osoby często nie ma nic lepszego. E-mail jest dobrym sposobem komunikacji z klientem i partnerami.

Kłopot zaczyna się wtedy, gdy te narzędzia stają się ręcznym systemem integracyjnym firmy — gdy jedynym sposobem, żeby informacja przeszła z jednego miejsca do drugiego, jest człowiek, który ją skopiuje, przepisze albo prześle dalej.

Dobre pytanie nie brzmi „czy używamy Excela?”, tylko: ile razy człowiek musi przenieść tę samą informację z miejsca na miejsce, zanim sprawa zostanie załatwiona?

Siedem sygnałów, że proces przerósł ręczną obsługę

Żaden z tych sygnałów osobno nie oznacza, że trzeba coś zmieniać. Jeśli jednak rozpoznajesz w firmie kilka naraz, ręczna obsługa prawdopodobnie kosztuje już więcej, niż się wydaje.

Te same dane są wpisywane kilka razy

Zamówienie przychodzi mailem. Ktoś przepisuje je do arkusza. Potem te same dane — nazwa klienta, NIP, adres, kwota — trafiają do programu do faktur, a adres jeszcze raz do panelu kuriera.

Każde przepisanie to czas i okazja do literówki. Przy kilku zamówieniach tygodniowo to drobiazg. Przy kilkudziesięciu dziennie to etat.

Jak to sprawdzić: prześledź jedną typową sprawę od początku do końca i policz, w ilu miejscach ktoś ręcznie wpisuje te same informacje.

Sprawy przekazuje się mailem i na komunikatorze

„Przesyłam dalej”, „podbijam”, zrzut ekranu wysłany na grupę. Przy trzech osobach to działa, bo wszyscy siedzą obok siebie. Przy dziesięciu informacja rozprasza się po skrzynkach i czatach, a nikt nie ma pewności, kto teraz zajmuje się sprawą.

Najlepiej widać to w czasie urlopu. Jeśli sprawa stoi, bo wszystko jest w skrzynce osoby, której nie ma, proces jest oparty na ludziach, a nie na systemie.

Trudno sprawdzić, na jakim etapie jest sprawa

Klient dzwoni z pytaniem, co z jego zamówieniem albo zgłoszeniem. Żeby odpowiedzieć, trzeba zapytać dwie osoby i przeszukać skrzynkę. Status sprawy nie jest nigdzie zapisany — istnieje tylko w głowach i w wątkach mailowych.

To nie tylko kwestia wygody. Każde takie pytanie odrywa kogoś od pracy, a klient słyszy „oddzwonimy”, zamiast dostać odpowiedź od razu.

Raport powstaje przez kopiowanie danych z kilku miejsc

Miesięczne zestawienie zajmuje dzień: eksport z jednego programu, dane z drugiego, ręczne łączenie w arkuszu, poprawianie formatów. Na końcu nikt nie ma pewności, czy liczby się zgadzają.

Jest też skutek mniej oczywisty. Skoro raport jest pracochłonny, robi się go rzadko — a decyzje zapadają na podstawie danych sprzed kilku tygodni.

Wiedza o procesie jest w głowie jednej osoby

„To wie tylko pani Ania”. Tylko jedna osoba rozumie, jak działa arkusz z makrami, w jakiej kolejności wysłać dokumenty albo jak rozliczyć nietypowe zamówienie.

Dopóki ta osoba jest w pracy, wszystko działa. Choroba, urlop albo zmiana pracy zamieniają się wtedy w problem całej firmy. Proces, którego nie da się opisać, trudno też zautomatyzować — to kolejny powód, żeby go najpierw spisać.

Pomyłki pojawiają się przy prostych, powtarzalnych czynnościach

Faktura z błędnym NIP-em, przesyłka wysłana dwa razy, przeoczony termin. Zwykle to nie jest kwestia niedbałości. Ludzie po prostu źle radzą sobie z mechanicznym kopiowaniem setek podobnych danych — a komputery robią to bez zmęczenia.

Jeśli odpowiedzią na kolejne błędy są kolejne zasady „sprawdź dwa razy”, problem leży w procesie, a nie w ludziach.

Firma rośnie, a proces nie rośnie razem z nią

To, co działało przy dwudziestu zamówieniach miesięcznie, przestaje działać przy dwustu. Jedyną odpowiedzią ręcznego procesu na większą skalę jest więcej rąk do przepisywania danych.

Wyraźny sygnał: planujesz zatrudnić kolejną osobę głównie po to, żeby przenosiła informacje między narzędziami, których już używacie.

Kiedy lepiej nie automatyzować

Uczciwie: nie każdy proces warto automatyzować. Zwykle nie ma to sensu, gdy:

  • czynność zdarza się kilka razy w roku,
  • proces zmienia się co miesiąc i nikt jeszcze nie wie, jak ma ostatecznie wyglądać,
  • ręczna praca zajmuje kilka minut tygodniowo i nie generuje błędów,
  • sam proces jest chaotyczny — automatyzacja chaosu daje tylko szybszy chaos.

W ostatnim przypadku pierwszym krokiem jest uporządkowanie procesu, a dopiero potem jego automatyzacja.

Automatyzacja czy własne oprogramowanie?

Między „zostawiamy jak jest” a „budujemy własny system” jest kilka pośrednich kroków. Najczęściej warto zacząć od najprostszego, który rozwiązuje problem.

Lepsze wykorzystanie tego, co już macie. Programy do faktur, sklepy internetowe i systemy CRM mają często wbudowane integracje i importy, z których nikt nie korzysta. Czasem rozwiązaniem jest ustawienie, a nie projekt.

Połączenie istniejących narzędzi. Zamówienie ze sklepu samo trafia do programu do faktur i do panelu kuriera. Zapytanie z formularza samo pojawia się w CRM z przypisaną osobą. Da się to zrobić gotowymi integracjami, narzędziami typu Make czy Zapier albo krótkim kodem, który łączy systemy przez ich API. Ludzie przestają być łączem, a narzędzia zostają te same. Tym zajmujemy się w ramach automatyzacji i integracji.

Prosty workflow. Jeśli problemem nie jest przepisywanie danych, tylko przekazywanie spraw między ludźmi, potrzebne jest jedno miejsce, w którym każda sprawa ma status, osobę odpowiedzialną i historię. To może być gotowe narzędzie albo lekki system dopasowany do firmy. Przykładem takiego systemu jest nasz IKTEL Flow do obsługi zgłoszeń, zadań i kalendarza zespołu.

Dedykowane rozwiązanie. Własne oprogramowanie ma sens wtedy, gdy proces jest dla firmy kluczowy, różni się od tego, co zakładają gotowe programy, i gdy firma płaci już za obchodzenie ich ograniczeń — dodatkowymi arkuszami, ręcznymi krokami i łączeniem kilku systemów taśmą. Jak rozpoznać taką sytuację, opisujemy przy oprogramowaniu i aplikacjach.

Nie każdy proces potrzebuje własnej aplikacji. Jeśli gotowe narzędzie za rozsądny abonament rozwiązuje większość problemu, zwykle jest lepszym wyborem niż budowa czegoś od zera.

Od czego zacząć?

Najczęstszy błąd to zaczynanie od narzędzia: „wdróżmy CRM”, „zróbmy aplikację”. Technologia powinna być ostatnim krokiem, nie pierwszym.

1. Opisz proces tak, jak wygląda naprawdę. Nie tak, jak powinien wyglądać według procedury, tylko tak, jak ludzie faktycznie pracują. Kto co robi, skąd przychodzą dane, dokąd trafiają, co się dzieje, gdy czegoś brakuje. Wystarczy kartka albo tablica.

2. Zaznacz ręczne punkty. Każde miejsce, w którym ktoś kopiuje, przepisuje, przesyła dalej, przypomina albo sprawdza, czy coś się wydarzyło.

3. Ustal, gdzie faktycznie powstaje problem. Dla każdego ręcznego punktu oszacuj, jak często się zdarza, ile trwa i jak często wychodzą z niego błędy. Najlepiej zapytać osoby, które tę pracę wykonują — zwykle wiedzą dokładnie, co je spowalnia.

4. Dopiero teraz dobierz rozwiązanie. Zacznij od jednego procesu: tego, który powtarza się najczęściej i najbardziej boli. Nie od wszystkiego naraz.

Prosty rachunek pomaga zobaczyć skalę. Jeśli czynność zajmuje 10 minut i powtarza się 15 razy dziennie, to przy 21 dniach roboczych daje około 52 godzin miesięcznie — więcej niż jeden tydzień pracy jednej osoby. Takie liczby rzadko widać, dopóki ktoś ich nie policzy.

Automatyzacja nie polega na tym, żeby zastąpić Excela i e-mail czymś nowym. Chodzi o to, żeby ludzie przestali być łączem między narzędziami — i mogli zająć się pracą, której żaden program za nich nie wykona.

Powiązane usługi

  • Automatyzacje i integracje

    Łączymy narzędzia, których już używasz, żeby dane przestały krążyć w arkuszach i mailach.

  • Software i aplikacje

    Oprogramowanie i aplikacje pisane pod Twój proces, gdy gotowe narzędzie zmusza zespół do pracy wbrew niemu.

TECHNOLOGIA BLIŻEJ CIEBIE

Chcesz sprawdzić, jak to wygląda u Ciebie?

Opisz krótko sytuację. Odpowiemy, od czego zacząć i czy w ogóle potrzebujesz do tego wykonawcy.